9 wrz 2010

Rozstanie

Rozpoczął się okres zapisów do amatorskich lig koszykarskich. Za niespełna miesiąc rusza nowy sezon. Dawniej napisałbym, że zbieramy ludzi, organizujemy treningi, zapisujemy się i walczymy na parkiecie jak „lwy w krwawym boju” (pamiętacie to jeszcze?). Teraz jednak napiszę zupełnie coś innego. Dwa sezony temu, gdy po raz kolejny podejmowałem się zadania reaktywacji drużyny i stawiania jej na nogi, powiedziałem sobie, że robię to tylko i wyłącznie dla siebie, gdyż gra przynosi satysfakcję. Powiedziałem sobie też, że będę to robił tylko do momentu, aż przestanie mi to sprawiać przyjemność.

Pierwszy sezon we Wrobaskecie był świetny. Nie graliśmy super, ale była atmosfera, jakieś tam minimalne zaangażowanie w przychodzenie na treningi i mecze, a także niespodziewany awans. Zdarzały się też integracyjne spotkania czy dyskusje o drużynie i jej przyszłości. W dwóch słowach: „drużyna żyła”. Po tym nieoczekiwanym sukcesie, chciałem zrobić kolejny krok naprzód. Miały być treningi dwa razy w tygodniu, grający trener, szeroka kadra, walka z najlepszymi w pierwszej lidze i żyjąca strona internetowa. Jak wyszło, wszyscy (czyli jakieś 5 osób, które tu od czasu do czasu zagląda) pamiętamy. Duch drużynowy jak szybko się narodził, tak szybko umarł. W moim przypadku satysfakcja i nadzieja umarły jednocześnie – gdzieś w połowie sezonu. Powiedziałem sobie, że to „ostatni raz”, gdyż nie mam już zamiaru robić czegoś, co nie przynosi mi niczego poza stratą czasu, zdrowia i pieniędzy. Wiedziałem, że moja decyzja jest ostateczna. Nie zamierzałem bowiem po raz trzeci wchodzić do tej samej rzeki, która prowadzi tylko w jednym kierunku. A prawdą jest, że wcześniej dwukrotnie już byłem bliski opuszczenia WTK. Nie chciałem, żeby ktoś pomyślał, że działam pod wpływem emocji i rozczarowany kolejnym laniem na boisku czy żenującą frekwencją na treningach, ogłaszam pochopne decyzje. Dlatego otwarcie nie mówiłem o tym w czerwcu.  

Uznałem, że najlepiej będzie o tym powiadomić, gdy stary sezon odejdzie w niepamięć (przynajmniej w lekkie zapomnienie), a nowy jeszcze nie ruszy. Ten moment nastąpił dziś. Po 8 latach, przeplatanych wspaniałymi przeżyciami i bolesnymi rozczarowaniami, wieloma małymi sukcesami i kilkoma trudnymi do przełknięcia porażkami, latami młodzieńczego zapału, energii, zaangażowania i przyjaźni, postanowiłem w tym momencie odejść z WTK (czy też z tego co z niego zostało). Jest to czyście osobista decyzja. Chcę, żeby każdy wiedział, że nie mam do nikogo żalu. Wiem, że dzisiaj każdy ma swoje obowiązki, ambicje i priorytety, gdzie koszykówka niekoniecznie jest na pierwszym miejscu. Natomiast na pytanie: „czy dałem z siebie tyle i mogłem?” każdy powinien sobie odpowiedzieć sam. Ja nikogo nie oceniam. Opisana na tej stronie historia WTK mówi o czterech jego założycielach. Można powiedzieć, że poddaję się jako pierwszy, ale mam wrażenie, że inni odeszli dużo wcześniej.

W każdym razie, gdy się na coś decyduję (zwłaszcza, gdy chodzi o inicjatywy wspólne) to staram się w pełni w to zaangażować. Kto mnie lepiej zna, ten wie o czym mówię. Jakiś czas temu uznałem, że lepiej czegoś nie robić wcale, niż robić to byle jak. Wtedy bowiem nie ma przyjemności, a można jeszcze rozczarować innych. Dlatego nawet jeżeli ktoś postanowi jeszcze ciągnąć wózek pod nazwą WTK, to ja już na niego nie wsiadam. Poczułem, że potrzebuję zmiany i jedynym sensownym rozwiązaniem jest teraz skończenie z tym w pełnym zakresie. Ta zmiana to przede wszystkim życie bez WTK. Nie oznacza to, że nie będę grał w koszykówkę, czy spotykał się z ludźmi, którzy tę nieformalną organizację tworzą(-yli). Nigdzie nie znikam. Nie wiem za to, czy będę członkiem jakiejś innej drużyny, czy może będę robił zupełnie coś innego. Koszykówka była dla mnie zawsze jednym z wielu sportów (choć przez długi czas najważniejszym). Nie mniej lubię grać w tenisa, piłkę nożną, siatkówkę czy nawet ping-ponga. Na koszykarskich boiskach też mnie na pewno będzie można spotkać. Kto wie, może nawet regularnie. Myślę, że sport jest dla mnie na tyle istotny, że będę umiał pogodzić rosnące obowiązki rodzinne i służbowe, z rekreacyjnym uprawianiem, jak myślę, różnych dyscyplin.

Nie chcę też, aby moje odejście było równoznaczne z kompletnym rozpadem WTK. Być może znajdą się jeszcze chętni do prowadzenia drużyny i poświęcenia jej niezbędnego czasu. Gdyby taki zespół powstał, to na pewno będę mu kibicował. Jest jeszcze sporo czasu, więc można się zorganizować. Piszę te słowa właśnie teraz, żeby nie było tak, że ktoś myślał, że ja dalej będę to ciągnął ,a potem poczuł się rozczarowany. Jeżeli ktoś się podejmie tego wyzwania, to proszę, żeby nie brał mnie pod uwagę. Moja decyzja jest ostateczna.

To oświadczenie przerodziło się w niewielki esej. Zapewne nie jest to idealny sposób na pożegnanie się z czymś, co było dla mnie najważniejsze przez trzecią część mojego życia. Niemniej jednak, w obecnej chwili nie znajduję lepszego rozwiązania. Nasze drogi rozeszły się dużo bardziej niż przypuszczałem i wydaje się, że raczej będą się wciąż od siebie oddalać niż zbliżać. Mam jednak nadzieję, że prędzej czy później przyjdzie też dzień, gdy z niektórymi porozmawiamy sobie na temat ostatnich dziesięciu lat czy to przy piwie czy innej okoliczności. Zabrzmi to banalnie, ale wszyscy przecież wiemy, że życie toczy się dalej.
Krzychu

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Uwaga: Po napisaniu komentarza, w polu "Komentarz jako:", wybierz "nazwa/adres URL", a gdy pojawi się nowe okno - podpisz się w polu "nazwa" i naciśnij przycisk "Dalej". Możesz też podać swój adres e-mail lub stronę domową w polu "adres URL". Następnie naciśnij przycisk "Zamieść komentarz", aby po chwili twój komentarz był widoczny pod postem.